Czy grożą nam „czarne piątki” – ba, całe weekendy oddychania brudnym powietrzem?

W 45 dniu (stan na 25.11.2018) przekroczenia w 2018 roku przez Lublin dobowych norm zanieczyszczenia powietrza pyłami zawieszonymi MP10 (na 35 dopuszczonych prawem krajowym) - publikujemy tematyczny felieton red. Marka Rybołowicza, dziennikarza tygodnika NOWY TYDZIEŃ w Lublinie.

Od siebie dodam „na zdrowie” wszystkim tym, którzy kolejny raz nie tylko zaniechali swoich powinności wobec bliźnich i natury, ale także próbowali zakłamać prawdę, czy wręcz zagłuszyć ją stosując różne formy cenzury.
af

Niepodległa w cieniu smogu

Jedynie aplikacje komputerowe uświadamiały lublinianom skalę zagrożenia. – Dlaczego nie podaje się takich informacji wprost z ratusza, a także do mediów? – pytali wówczas mieszkańcy Lublina. Przy bezwietrznej, listopadowej aurze nad naszym miastem przez wiele dni unosiły się ciężkie chmury smogu. Normy zanieczyszczeń powietrza były przekroczone wielokrotnie. Czy władze miasta nadal nie widzą problemu?

Podobnie jak w całej niemal Polsce, smog nad Lublinem utrzymywał się już z początkiem listopada. Od połowy miesiąca korzystaliśmy co prawda z kilku dni „przerwy”, mając szansę na głębszy oddech. Jednak już konsumencki tzw. Black Friday” jest także „czarnym piątkiem” także dla naszych płuc. Po prostu, lublinianin nie ma bladego pojęcia czym oddycha… Dowie się o tym poniżej.

Analitycy zjawiska twierdzą, że jesienną „inaugurację” smogu dały łuny nad cmentarzami w Zaduszkowy weekend. I pewnie sporo w tym racji, gdyż zwyczaj palenia milionów zniczy w ciągu dwóch dni jest równie okrutny dla środowiska co wiosenne wypalanie łęgów, ugorów.

Tydzień poprzedzający narodowe święto 100-lecia odzyskania niepodległości ewidentnie ujawnił zły stan powietrza w całym kraju. Śpiewając hymn dla ‘niepodległej’ wciągaliśmy hausty szkodliwych pyłów.

– Nie wychodzić z domów, nie wietrzyć mieszkań. Absolutnie nie wypuszczać dzieci, by bawiły się na dworze, zatrzymać w domach babcie i dziadków. Powietrze zagraża zdrowiu, powinno się je oznaczyć tak, jak paczki papierosów – ostrzegali działacze Polskiego Alarmu Smogowego z miast członkowskich tego systemu.

Bo wdychanie smogu nie boli

Nie było w tym cienia przesady. W ciągu ostatnich dwóch tygodni, porównując dzień do dnia i rok do roku, pomiary pyłów zawieszonych były najwyższe od 10 lat. Sięgnęły w szczycie (8-10 listopada br.) 500% normy dla pyłów PM10 oraz 1150% normy dla pyłów PM2,5 -najbardziej toksycznych. Pomiar dobowy wyniósł 208.8% normy (104.4µg/m3). Kolejne doby przyniosły dla pyłów PM10 poziom 243% normy (121µg/m3). I potulni lublinianie tym wszystkim oddychają…

Na stacji pomiarów przy ul. Obywatelskiej zabrakło skali by mierzyć to fatalne zjawisko. Wiemy to od znawców tematu, bowiem tablica świetlna (jedyna w mieście) na tutejszym Wojewódzkim Inspektoracie Ochrony Środowiska nijak o zjawisku smogu nie informuje wskazując chemiczne, nie fizyczne, parametry pomiaru.

– To jakieś mydlenie oczu, bo co ma do smogu dwutlenek azotu czy siarki. Ta tablica nie ostrzega, nie sugeruje by zamknąć się w domu czy spacerować w masce – słyszę od kobiety, która wychodzi właśnie z gmachu WIOŚ. – Gdyby nie smartfony ludzie nie mieliby pojęcia o takim zagrożeniu – podsumowujemy krótką rozmowę.

W te feralne dni o alarmującym poziomie smogu można było dowiedzieć się jedynie u Straży Miejskiej w Świdniku – lecz to skutkiem uprzejmości, a nie procedury powiadamiania. Lubelscy strażnicy twierdza, że chętnie by informowali, lecz nie mają takich urządzeń.

Lublin nie powiadamia swych mieszkańców o zagrożeniu smogowym. Dlaczego? Nie wiedzą o tym nawet służby medyczne. Jeśli ktoś nie dysponuje komputerem czy aplikacją oznajmiającą alert smogowy ten nie wie, czym w danym dniu oddycha…

Co ważne, opis katastrofalnej dla zdrowia jakości powietrza w wersji z Sieci jest nieprecyzyjny, np. „zły”. Zaznaczmy, że określają go polskie normy, a te wskazania w państwach zachodnich już po kwadransie postawiłyby służbę zdrowia na nogi.

– U nas, dopóki nie ma drastycznych oznak, wręcz dowodów, że smog kogoś zabił, nikt z decydentów tym problemem jakoś specjalnie się nie przejmie – mówi lekarz rodzinny, do którego udałem się z kaszlem i chrypą. Medyk dodaje, że coraz częstsze są infekcje skutkiem osłabienia organizmu inwazją smogu. Generalnie, ma on zabójczy wpływ na osoby wycieńczone, najmłodsze i najstarsze wiekiem.

Zatem, to co wisi nad nami w powietrzu sumuje się nam, kumuluje organizmach i człowiek nawet tego nie czuje. Dopiero po jakimś czasie bilanse medyczne pokażą grozę sytuacji.

Spróbujmy znaleźć winnych…

Według specjalistów, za pogorszenie stanu jakości powietrza odpowiada tzw. niska emisja, różne rodzaje pyłów, a więc czynniki fizyczne, nie chemiczne. To skutek spalania paliw stałych złej jakości, również odpadów, śmieci. Efekt smogu potęguje mgła, niska temperatura powietrza i słaby wiatr.

Przyczyny te potwierdza Andrzej Filipowicz działający w Lubelskim Alarmie Smogowym. Przywołuje on statystykę: – W tym roku takich dni „na wdechu” było już 43. W roku 2017 było ich 47, w 2016 – 40, w 2015 – 66, w 2014 – 59. Dopuszczająca norma jest o wielokroć mniejsza…

Drugi lider Lubelskiego Alarmu Smogowego, Sławomir Pawłowski przypomina: – Według Światowej Organizacji Zdrowia tych dni powinno być maksymalnie 3! Norma przekroczenia dobowego w Polsce to poziom max. 50 μg/m3. Natomiast wg Światowej Organizacji Zdrowia nie powinno być więcej niż 20 μg/m³!

– A więc, gdybyśmy trzymali się „ludzkich” norm to w ciągu roku w Lublinie dni z przekroczeniem dobowym byłoby pewnie 100, nawet 200? I trwałby ciągły alarm z uwagi na zły stan powietrza – podkreślają społecznicy.

I sięgają do przyczyn tego groźnego zjawiska: – Sposób, jakim miasto walczy ze smogiem jest próbą jego pomniejszenia, lecz nie uwzględnia profilaktycznych środków zaradczych. Chodzi o skuteczne przewietrzanie miasta na linii północ-południe. Do tego celu służy na Czechowie pas naturalnej zieleni po dawnym poligonie. Tyle że obecnie są tam prowadzone prace nad magistralą ciepłowniczą dla kolejnych osiedli zamykających północną pierzeję Lublina. Potężne zwały ziemi tamują tu swobodny przepływ powietrza wzdłuż gruntu, który właśnie takiej wentylacji ma służyć – mówią niemal chorem działacze LAS. I dowodzą, że prace tam obecnie wykonywane są nielegalne. Odpowiednie instytucje kontrolne nie chciały wyegzekwować sporządzenia ocen oddziaływania na środowisko, gdzie musiałby pojawić się zakaz wykonywania nasypów poprzecznych do osi dolin i wąwozów, które pełnią rolę korytarzy aerosanitarnych, tzn. przewietrzających obszary zurbanizowane. Władze „środowiskowe” stale milczą na ten temat.

Jak miasto chce temu zaradzić?

To słyszymy na konferencji w lubelskim ratuszu (14 bm.) od urzędników referujących problem smogu. Miasto chce poprawić jakość powietrza wymieniając piece grzewcze w domach prywatnych. Żadnych osób nie wskazano jako odpowiedzialnych za ten proces, odpowiada za to Program Ograniczenia Niskiej Emisji. Ten przewiduje jeszcze pół miliona złotych, które Lublin wyda w tym roku na wymianę 74 pieców i kotłów CO.

– W 2018 roku mieszkańcy złożyli w tej sprawie 185 wniosków. Dofinansowanie z urzędu wynosi 50% kwoty zakupu. Od początku działania tego programu do końca 2018 r. uda się dofinansować wymianę blisko 400 pieców za łączną kwotę około 2 mln zł – szczyci się prezydent Lublina Krzysztof Żuk. I wskazuje na stopniowe wdrażanie rekomendacji panelu obywatelskiego – to mieszkańcy pomogli miastu wybrać najbardziej skuteczne sposoby ograniczania niskiej emisji. Twierdzi, że piece będą wymieniane w ramach zapisów budżetowych, ale do tego czasu troska o stan powietrza zależy od samych właścicieli gospodarstw. Bo to oni decydują, jakiej jakości paliwem palić pod kotłem. Prezydent apeluje zatem o „mądry wybór i wspólną troskę o nasze zdrowie”. Cóż, brzmi to tak, jak gdyby prawo było bezsilne wobec ludzi łamiących przepisy w tym zakresie. W ramach projektu PONE są co prawda prowadzone także akcje edukacyjne obywateli. Kiedyż jednak odmienią świadomość ludzi którym smog nie wadzi?

Realizacją wniosków z PONE zajmuje się Wydział Ochrony Środowiska UM w Lublinie. Najczęściej dochodzi do zmiany kotłowni węglowej na gazową. – Zainteresowanych taką wymianą notuje się coraz więcej. Nabór do realizacji tych projektów jest ciągły, a więc nie ogłaszamy terminów. W każdej chwili taki akces w naszym wydziale można złożyć. Wszystkie wnioski spełniające kryteria formalne zostaną dofinansowane – mówi Marta Smal-Chudzik, dyrektor. Jeszcze w 2018 roku miasto rozdysponuje dodatkowe środki na udzielenie dotacji do kolejnych 16 wniosków (24 piece).

– Cóż te liczby znaczą wobec setek, tysięcy kominów wyrzucających tony gryzącego dymu, który ściele się później niemal po ziemi? – komentuje Krzysztof – jeden z tych ekologów, którzy w lublinie wolą pozostać anonimowi. – To skutek zawartości w dymie ciężkiej frakcji spalanych substancji, najczęściej odpadów. Stąd to zjawisko nosi nazwę niskiej emisji pyłów. Jej składnikiem jest również to wszystko co wylatuje z rur wydechowych pojazdów na naszych drogach, zwłaszcza diesli.

Lublin dba o jakość powietrza?

Tak przynajmniej twierdzi ratusz w oficjalnym oświadczeniu. Wynika zeń, że do tej pory zrealizowano jedynie 39 wniosków (z owych 185), na które miasto przeznaczyło 350 tys. zł. A co z resztą chętnych?

Wspomniany panel obywatelski w kwestii smogu otworzył szerzej oczy lublinian na problem ekosystemu miasta. Czy dzięki niemu na wymianę starych pieców i kotłów w 2019 r. – w ramach dofinansowania gospodarstw ma trafić 1 mln zł? – tyle że w budżecie miasta widnieje na ten cel jedynie 450 tys. Również w przyszłym roku planuje się szczegółową inwentaryzację budynków pod kątem źródeł grzewczych. Kolejne działania to m.in. stałe podłączanie budynków do miejskiej sieci ciepłowniczej, termomodernizacje placówek szkolnych. Dokument wskazuje na liczne akcje edukacyjne: od 2014 r. w Programie wzięło udział kilkanaście tysięcy dzieci, ponad 100 nauczycieli z 64 przedszkoli i 36 szkół podstawowych.

Opracowano nawet nowe standardy dla Zieleni Miejskiej… To brzmi doprawdy ekologicznie, ale chodzi o zieleń (uwaga!) „dobrze znoszącą warunki miejskie oraz odpowiednie pod kątem absorpcji zanieczyszczeń powietrza”. No dobrze… A człowiek jaki ma poziom absorpcji? – pyta ktoś przytomny.

Ponad 80% zanieczyszczeń powietrza pochodzi z kominów domów wolnostojących. Ich paleniska w poszukiwaniu kopciuchów kontroluje Straż Miejska – intensywnie. W 2016 r. wskaźnik ukarania winnych naruszeń przepisów wynosił 11,3% na wizytowanych blisko 1000 gospodarstw. W 2017 r. funkcjonariusze z eko-patrolu sprawdzili 1116 pieców, z czego 9,3% kontroli skończyło się mandatami. W 2018 r. (do końca października) strażnicy przeprowadzili 589 interwencji w kotłowniach, które zakończyły się nałożeniem 34 mandatów w wysokości 5,6 tys. zł, także 342 interwencji dotyczących spalania na zewnątrz – te w 21 przypadkach zaowocowały wystawieniem kar na łączną kwotę ponad 3,7 tys. zł. W trakcie interwencji strażnicy stwierdzali w piecach m.in. sklejkę i płyty wiórowe, lakierowane drewno (meble, ramy okienne), przepracowany olej, lakierowany papier, odpady plastikowe. Na zewnątrz palono m.in. folię, plastiki, stare meble (np. z pianki), otuliny kabli elektrycznych, nawet opony – o tym wszystkim informuje Jacek Kucharczyk – komendant Straży Miejskiej w Lublinie. Uważa on jednak, że sytuacja sukcesywnie się poprawia.

Problem w tym, że strażnicy mogą wchodzić na posesje celem kontroli jedynie do godz. 22. Lecz co później wędruje do palenisk domowych tego nie daje się już sprawdzić. Tu znajduje się ogromna luka w przepisach antysmogowych.

Dodatkowym źródłem zanieczyszczeń są wadliwe silniki pojazdy lub oszukane paliwo. Tego policja ani straż miejska praktycznie nie ściga. Podobnie jak bez kary pozostaje bezmyślność użytkowników aut, gdy chodzi o pewną szkodliwą praktykę. Ewidentni „producenci” smogu siedzą sobie w pojazdach, które kwadransami stoją z włączonym silnikiem, na światłach. Odbywają się tam całe spotkania towarzyskie i rozmowy on-line. Emitują tony spalin wypalając hektolitry paliwa – to efekt tego procederu. Za nic mają kogoś interweniującego. Czy włodarze znajdą na to sposób? Jak karać takich kierowców-smogowców? – to pytania do policji i straży miejskiej.

Wojewoda wzywa posiłki…

Osobiście Przemysław Czarnek w gmachu swego urzędu przyjął tego samego dnia Głównego Inspektora Ochrony Środowiska z Warszawy. Paweł Ciećko, w randze wiceministra, przyjechał zapowiedzieć (od 1 stycznia 2019) zmiany przepisów resortowych i w działaniu swej instytucji. Inspektorzy będą teraz pracować całodobowo, a kontrole u podmiotów szkodzących środowisku mają być niezapowiedziane, czyli nie tak jak dotąd.

Inny news tego spotkania jest taki, że w Lublinie ma powstać krajowe laboratorium badające tzw. kody odpadów, a wkrótce rozpocznie się nabór na 30 etatów na stanowiska kontrolerów owej centralnej inspekcji w Lublinie.

Wiceminister przypomniał, że Minister Środowiska przeznaczył na projekt Czyste Powietrze w całym kraju 101 mld zł, o które należy aplikować dla regionu.

Pytany przez dziennikarzy o reakcję na drastyczne przekroczenie norm powietrza w Lublinie (już 43 dni takiego stanu w br.) Ciećko odrzekł: – To gminy odpowiadają za jakość powietrza, którym oddychamy.

I jakby uprzedzając niezadane pytania o brak informacji w mieście, a nawet dezinformację na temat smogu urzędnik mówił: – Inspekcja ochrony środowiska zapewnia wiarygodne pomiary stanu powietrza. Wojewódzki Inspektor Ochrony Środowiska dostarcza obiektywne dowody odnośnie jakości powietrza. Później rozlicza z tych działań gminy, sprawdzając czy w odpowiedni sposób wdrażają programy ochronne, które zostały uchwalone przez sejmik województwa.

Ciećko recytował urzędową procedurę, kompletnie nie uwzględniając lokalnej specyfiki. Powszechnie wiadomo, że w mniejszych miejscowościach, choćby tuż pod Lublinem, nie ma żadnej siły, która mogłaby kontrolować i karać tamtejszych „producentów” smogu. Nikt nie wie co w okolicznych gminach ludzie wkładają do pieca, gdyż nie działa tam straż miejska.

Tymczasem urzędnik akcentował, że za to, czym oddychamy, odpowiada samorząd terytorialny. A za powiadamianie o jakości powietrza w Polsce są odpowiedzialni: wójt, burmistrz bądź prezydent miasta.

Skoro tak, lubelski ratusz na swej fasadzie, obok miejskiego termometru, winien eksponować tablicę ukazującą stan zagrożeń smogowych – czytelną dla każdego mieszkańca, co należy się spodziewać od lubelskiego powietrza. W przeciwnym razie będzie można zarzucić władzom miasta, że nie ostrzegają w porę swych obywateli przed nadchodzącym zagrożeniem zdrowia i życia. Lublinianin.pl oczekuje od Czytelników wzmożenia czujności i aktywności w tej sferze.

Koordynator LAS, Andrzej Filipowicz komentuje sytuację, że wobec szeregu „smogowych” kłamstw rządu i przedstawicieli lokalnego samorządu, jedynym skutecznym środkiem do poprawy stanu aerosanitarnego Lublina i regionu pozostało mieszkańcom już tylko przyłączyć się do ogólnopolskiego pozwu zbiorowego. Ten lubelski dokument będzie zawierać przesłanie-postulat, by konsekwencje wyroku sądowego dotknęły nie budżetów publicznych, a bezpośrednio tych, którzy – pełniąc swoje funkcje – zaniechali ich obowiązków służbowych zapisanych w art. 68 i 74 Konstytucji RP.

Według danych ekspertów - opracowanych na zlecenie Urzędu Marszałkowskiego Województwa Lubelskiego - koszty społeczne i ekonomiczne wynikające z samej tylko ekspozycji mieszkańców Lublina i regionu na pyły zawieszone PM2,5 są szacowane na poziomie 471 tys. pracowniczych dni chorobowych, 1,3 tys. przedwczesnych zgonów i 12 mld zł tzw. kosztów zewnętrznych rocznie.

Marek Rybołowicz,  dziennikarz  tygodnika NOWY TYDZIEŃ w Lublinie.