Czy chomik pójdzie śladem motyla?

Można mieć obywateli ekologicznie zaangażowanych w sprawy miasta

Spore emocje przeżywali słuchacze w ramach debaty Rozmowy o Mieście pt. „Efekt motyla – jak mieszkańcy chronią miejską przyrodę?” 11 stycznia 2019 Centrum Spotkania Kultur w Lublinie gościło aktywistki miejskie z Krakowa. Dowiodły one, że można zniechęcić deweloperów do budowania na gruncie, gdzie nie są mile widziani. Przebojowe panie trafiły do mediów i opinii publicznej z tematem ekologicznym poprzez… kulturę i brawurową akcję społeczną. Tymczasem lubelska debata w CSK o tym zjawisku nie doczekała się nawet relacji w mediach – z wyjątkiem tejże

Swoje doświadczenia związane z ochroną przyrody w metropoliach eksponowały dwie znane krakowianki zaproszone tu przez Forum i Radę Kultury Przestrzeni. Spotkanie współorganizowali Ośrodek Brama Grodzka – Teatr NN, Towarzystwo dla Natury i Człowieka oraz kolektyw Górki Czechowskie Wietrznie Zielone.

Obie aktywistki zasłynęły w świecie przez fakt, że na placu Św. Piotra w Watykanie przekazały bezpośrednio papieżowi raport „Powietrze, woda, drzewa. Polska przyroda w zagrożeniu”. Franciszek, widząc niemowlęta na rękach obu pań, przyjął ów dokument (w języku angielskim i włoskim) nie zważając na procedury dyplomatyczne.

Na spotkaniu w CSK najpierw Małgorzata Nieciecka-Mac, dziennikarka relacjonowała fakty z działań obywateli na rzecz ochrony rzek i popularyzowania wiedzy o tych akwenach. To osoba niezwykle przejęta kulturotwórczą funkcją rzeki. Mówiła m.in. o Wodnej Masie Krytycznej, o Koalicji Ratujmy Rzeki, o Vistuliadzie jako inicjatywach mających w zamyśle utrzymanie polskich wód w ich naturalnym stanie.

Druga z pań, Cecylia Malik – malarka i aktorka, jest równie zafascynowana losem rzek. Długo o tym opowiadała. Nie mniejszą troską otacza drzewa, ich trudny los w miejskich warunkach. Projekt artystyczny „365 drzew” był dla artystki okazją do… chodzenia po drzewach. Od 2009 roku codziennie, w atmosferze happeningu, wspinała się na inne drzewo fotografując ten fakt i publikując w Internecie. Głośna była jej akcja „Matka Polka na wyrębie” (2016). W kraju trwały wówczas wycinki drzew w myśl „lex-Szyszko”. Będąc matką malutkiego wówczas Ignasia, poprosiła męża by zrobił jej zdjęcia gdy karmi synka dosiadając pnia na wyrębie. Zwróciła tym samym uwagę świata na potrzebę ochrony drzewostanu Polski. Dołączyła do niej Małgorzata i tak zaczęła się ich przygoda z krzewieniem eko-kultury.

Tę inicjatywę wsparli znani w kraju ekolodzy m.in. Adam Wajrak, Mariusz Waszkiewicz. Dziś wspólnie robią wiele dla promocji miejskiej zieleni oraz na rzecz odpowiedzialnej postawy urbanistów wobec przyrody.

Co? Tam mają być bloki?

– żachnęła się Cecylia dowiedziawszy się, że w krakowskiej dzielnicy Zakrzówek właściciel terenu chce budować osiedla mieszkaniowe na dziewiczych, wapiennych wzgórzach z lokalnym jeziorkiem o krystalicznej wodzie. To popularne miejsce wiosennych i letnich wycieczek krakowian. – Wpadłam w złość. Nie mogłam uwierzyć, że na tak cudne miejsce wkrótce wjadą spychacze – opowiada kobieta. Wówczas w jej głowie zrodził się plan: – Niech dziennikarze, nie tylko miejscowi ogłoszą wszystkim, że Kraków ma tak uroczy zakątek, gdzie żyją piękne okazy motyli chronionych. A tu ktoś chce zastawić go blokami. I że nie można do tego dopuścić! – emocjonuje się Cecylia. – Naszym celem było zwrócić uwagę całej Polski na Zakrzówek. A prezydent Krakowa niech powstydzi się tej decyzji – dopowiada Małgorzata.

W działaniu wsparła je rosnąca wokół nich grupa innych pasjonatów. Dziś Kraków przoduje w obywatelskim oporze przeciw „aneksji” deweloperskiej gruntów chronionych prawem przyrody. Tego prawa w aglomeracjach obecnie nikt nie przestrzega.

Jak wzbudziły szersze zainteresowanie tą ideą? Według aktywistek, najlepszym środkiem był i jest tzw. flash-mob z udziałem dużej grupy ludzi, zwłaszcza przebranych w kostiumy. Wykorzystano po temu witryny Facebook i Youtube. Tu członkowie ruchu zamieszczali swoje zdjęcia w motylich strojach z napisem „Nie zgadzam się na zabudowę Zakrzówka!” Stale dołączali kolejni i wkrótce uzyskano efekt masy krytycznej – Kraków zaczął o nich mówić, pisać, fotografować. W ten sposób zaczął działać Modraszek Kolektyw.

Ugrupowanie postanowiło bronić życiowej przestrzeni swojego miasta. Akcentowano, że strata kolejnych obszarów zieleni w Krakowie mocno zaboli mieszkańców. Wszak zmagają się z największym smogiem w Polsce.

Czy to fanaberie ekologów?

– Absolutnie nie – aktywistki prostowały taki „zarzut” podkreślając, że ich akcja nie broni tego miejsca dla czystej idei. Dowodziły, że robią to w interesie wszystkich mieszkańców Krakowa – z perspektywy korzyści całej populacji.

Istotą powodzenia Kolektyw Modraszek był pomysł i wzór na… szybkie wykonanie kolorowych skrzydeł motyla, z pudełka po pizzy. Organizowano doraźne warsztaty robienia ich, a miejsca te stawały się agorą wymiany myśli coraz większej rzeszy krakowian.

Dość szybko zainteresowali się tematem dziennikarze. Jednak krakowskie media podjęły wątek bynajmniej nie z uwagi na prymat ochrony terenów zieleni nad interes przedsiębiorcy. Po prostu, w czerwcu 2011 na ów deweloperski teren przyszło 500 osób przebranych za sympatycznego motyla. Później „modraszki” w Krakowie widziano już wszędzie: wchodziły na tamtejsze pomniki, manifestowały przed ratuszem, pływały w Wiśle.

– Gdyby nie spektakularność działań, nasz trud na pewno zszedłby na marne – wspominają Cecylia i Małgorzata. Ich akcja stała się znana, lubiana. I efektywna. Do tego czasu w krakowskim ratuszu nikt nie otwierał drzwi gabinetów przed lokalną grupą działania. Również media były głuche na wołanie, by ocalić tę oazę zieleni w Krakowie. Z tak gorącym tematem trafiły do mediów i opinii publicznej dopiero przez drzwi… kultury.

– To dział Kultura w gazetach informował o naszym proteście. Bo dziennikarze i publicyści ekonomiczni zajmowali w tym sporze stronę dewelopera. Ciekawe dlaczego? – znacząco uśmiecha się artystka. Odziana w skrzydła modraszka Cecylia chodziła po mieście tygodniami. To sprawiło, że coraz większa ilość mieszkańców odwiedzała teren Zakrzówka, gdzie żerują słynne owady. Akcję ochoczo podjęły środowiska krakowskich artystów i grup pasjonatów, m.in. rowerzyści jeżdżący w takich strojach.

W tym samym czasie urząd miasta dokłada wszelkich starań by zdyskredytować ów ruch oddolny mający cechy happeningu. Wszak sporny grunt był już sprzedany inwestorowi, ten wykonał już plan zagospodarowania terenu. I oto sielankową wizję bloków mieszkalnych na tle pejzażu jak w bajce (obrazek z reklam dewelopera) zakłóca stado motyli-przebierańców!

– Prezydent Majchrowski zignorował tysiące podpisów, które nasi działacze zebrali wśród krakowian. Ba, nawet zastraszano niektórych aktywistów, że pożałują tego co robią… Byliśmy jednak niezłomni w naszym dążeniu – wspomina dziennikarka.

A jak to robicie w Lublinie?

– pytają energetyczne krakowianki, inicjując debatę na temat gruntu po dawnym poligonie wojskowym. Zachowanie obecnego status quo Górek Czechowskich leży im na sercu. Pragną wspierać batalię, którą od 3 lat prowadzą lubelscy społecznicy.

– Lublinianie wszyscy muszą zjednoczyć siły wokół tego daru natury, jeden drugiego winien przekonywać co traci wasze miasto. W argumentacji słyszymy częściej o smogu nad Lublinem. Nie mieszajcie tego, bo smogu nie widać, a piękno waszych Górek widać. I trzeba je ukazać szerzej w samym Lublinie – tymi słowy obie panie pragną rozniecić dyskusję po ich prelekcji.

Jednak na sali CSK entuzjazmu nie widać. Ów artystyczny PR, jaki Kolektyw krakowski stworzył wokół Zakrzówka nie da się porównać ze stanem ducha działaczy w Lublinie – tak wynika z pierwszych, nieśmiałych wypowiedzi. Obecni tu ludzie sztuki, animatorzy kultury, liderzy ruchu miejskiego nie podejmują wolnego mikrofonu, zdają się być bezradni. Brak tu pomysłu na happening, performance, interwencję artystyczną zdolną porwać mieszkańców, na wzór Krakowa. Aktywiści odpytywani energicznie przez obie prelegentki nie przejawiają takiego zapału. Nie potrafią też wskazać instytucji, które pełniłyby rolę lokomotyw. Brakuje pary.

Iwona Kwiecińska – przewodniczka turystów, wskazuje na nikłą świadomość lublinian na temat mikro-Roztocza blisko centrum miasta. Pyta, jak zaintrygować ludzi Górkami, jak wywołać ów artystyczny zapał, który sprawdził się pod Wawelem… Obawia się, że nie jesteśmy gotowi na akcje będące udziałem obrońców Zakrzówka, podczas gdy ludzie spoza Lublina potrafią pasjonować się batalią o Górki Czechowskie.

– W Krakowie udało się przebrać ludzi za motylki. Tutaj musieliby przywdziać stroje chomików i wyjść tłumnie przed ratusz, a to już zbyt duży trud – brzmi inny głos z sali. Dodajmy, że chomik europejski to ssak zagrożony wyginięciem rezydujący w Górkach, pierwszy na liście ochrony gatunków tamtejszej fauny.

– Ależ mamy cały ten potencjał, który stosujecie do swych akcji w Krakowie. Doceniamy wasz entuzjazm. Jednak w lubelskich realiach jest całkiem inaczej. Dziś władza nie ma już argumentów formalnych czy prawnych by oddać sporny grunt pod zabudowę, jak domaga się deweloper. Prezydent miasta ogłasza więc referendum, które przykrywa problem, i chce tym samym zrzucić odpowiedzialność na mieszkańców. Lecz narusza prawo, a my to kontrolujemy – twierdzi w dyskusji Andrzej Filipowicz – radny dzielnicowy, koordynator Lubelskiego Alarmu Smogowego. Ktoś z sali cytuje propozycje pytań referendalnych, co wzbudza konsternację.

Lubelskie „milczenie owiec”

Jest ono charakterystyczne dla środowisk kultury tkwiących „na pasku” samorządowego finansowania. Ci światli (in gremio) ludzie nie są w stanie podjąć akcji społecznego oporu, nawet najmniejszej, wobec decyzji ratusza jako ich mocodawcy.

Protestować w tej sprawie łatwiej jest ludziom niezależnym od wpływów miejscowego establishmentu. I dlatego silna grupa aktywistów kulturowych Lublina praktycznie nie zabiera głosu w tej debacie. Trzeba liczyć na freelancerów.

Tomasz Gąsior – muzyk, apeluje by ściślej łączyć batalię przeciw blokom na Górkach z walką o czyste powietrze w Lublinie: – Moim zdaniem, nie wolno tego zagrożenia lekceważyć. Wszyscy czujemy to w płucach. Uczulam na to ludzi, w rozmowach, na koncertach. I proszę by o tym szerzej mówić i pisać w swoim otoczeniu.

Tomasz Buczek, przyrodnik broniący ten teren nie szczędzi ostrych słów: – W jakiejże naiwności musi być prezydent Lublina, jeśli wierzy, że deweloper wykona park 700-lecia, skoro w innych osiedlach nie można doprosić się od niego nawet trawników.

Naukowiec proponuje „silne uderzenia” PR-owskie: chce Górki Czechowskie włączyć do tzw. Korony Ziemi lub zrobić na ich terenie wielkie akcje wspinaczki i spacerów: – Bo my nie mamy pieniędzy na promocję tego daru natury, a przeciw nam są wszystkie media lubelskie. Mimo to notujemy sukces, bo deweloper (TBV Investment) na swoim gruncie coraz bardziej cofa się w negocjacjach z miastem, zmniejsza żądania. Jest to efekt działań takich społeczników jak…

I aktywista wskazuje na Magdalenę Nosek – to biolożka i przewodniczka mieszkająca opodal spornego terenu. Ta niebywale zaangażowana kobieta marzy, by jej ukochane Górki zostały wykupione przez miasto z rąk dewelopera. – Pewnie jestem naiwna, lecz wierzę, że tak się stanie. Widzę zmiany postaw wśród radnych, nastawienie samego prezydenta – zauważa działaczka, i trzeba jej przyznać, że dość naiwnie. I zamierza pisać postulaty, robić burze mózgów oraz kolejne spotkania informacyjne na temat Górek. Zachęca też by wzmóc działania w tym celu na Facebook’u.

Pytanie, czy to nie za mało jak na 2 miesiące przed zarządzonym już przez lubelski ratusz referendum co do przyszłości eks-poligonu na Czechowie.

Spotkanie w CSK zgromadziło sporą ilość słuchaczy, przeważnie młodych, choć nie tylko. Pytany o wrażenia Jan Woźniak – emeryt ze śródmieścia, wychodząc z debaty gorzko ją podsumował: – Z deweloperem żaden motyl ani chomik nie wygra. Tutaj w puli są wielkie, konkretne pieniądze dla miasta, czy się komu podoba czy nie. Wystarczy spojrzeć jaki „propusk” dostał apartamentowiec rosnący przy pl. Teatralnym. Gdzie tu był architekt miejski? Ki diabeł pozwolił budować na skwerze obok CSK tak wysoki gmach…

Czy krakowska lekcja eko-kultury stanowi dla nas jakieś memento? A może będzie inspiracją dla aktywistów, artystów, ludzi kultury? Czy wzorem Krakowa potrafią uczynić z tego siłę nacisku? Niestety, styczniowe Rozmowy o Mieście (rozmowy o Górkach) dowiodły, że środowiska intelektualne Lublina są zaangażowane w opisany temat bardzo umiarkowanie i głównie deklaratywnie.

Marek Rybołowicz

Postscriptum 

Poniższy materiał jest najlepszym, jaki miałem okazję przeczytać kiedykolwiek w związku z osobistym zaangażowaniem w sprawy czystego powietrza, ochrony bioróżnorodności, przeciwdziałania zmianom klimatu i zabiegania o normalność. Często wydaję nam się, że brak w odpowiednim momencie pewnych działań jest porażką. 

W tym konkretnym przypadku czas publikacji okazał się bardzo znamienny i lepszy od tego, w którym miały miejsce opisane wydarzenia. Dlatego też z wielką przyjemnością mogę napisać, że podobieństwo miejsc, osób i wydarzeń jest w pełni zamierzone do aktualnej sytuacji Górek Czechowskich w Lublinie. 

Popatrzcie za okna i na zewnętrzne termometry waszych mieszkań, domów, czy miejsc pracy, a następnie sprawdźcie stan jakości powietrza, które przy +11 stopniach Celsjusza w cieniu, w samo południe ostatniego dnia lutego 2019 roku o godzinie 12:00 zawiera 130% normy pyłów zawieszonych PM10. 

Marku — dziękuję serdecznie w imieniu własnym, Porozumienia Obrony Lublina (przed głupotą), Lubelskiego Alarmu Smogowego i innych grup oraz osób, którym droga jest przyszłość naszego miasta.

 Pozdrawiam, 

af