Sylwester 700-lecia Lublina?

Wstępniak redakcyjny

Czyżby lubelskie mass-media (in gremio) pisząc rzetelnie na temat noworocznej imprezy obawiały się przez to uchybić wizerunkowi ratusza? Czy wszystkie …mniej udane poczynania urzędników miejskich będą obecnie przez etatowych dziennikarzy relatywizowane? – skąd my to znamy… To zaiste zła wróżba medialna na ten rok!

Z przyczyn różnych powyższy reportaż zamieszczony został z poślizgiem – dzisiaj wydaje się, że bardzo dobrze się stało, bo wcześniej być może miałby zbyt małą analogię do dnia wczorajszego i dzisiejszego, a szczególnie minionej nocy.

Poniżej reportaż red. Marka Rybołowicza, który dotarł do nas w ubiegłym tygodniu.

Redakcja

 

Bez włodarzy miasta, bez gwiazd estrady, anty-ekologiczny i bardzo kosztowny

Sylwester 700-lecia Lublina?

Miejska zabawa noworoczna – temat dość lekki (daleki od skali problemu Górek Czechowskich) a tymczasem… Lubelskie media w relacjach z tej imprezy nie odzwierciedlają całej prawdy. Czyżby prasa, radio i TV w opisach wydarzenia korzystały z… wizualizacji promującej imprezę w Internecie?

Plac Teatralny w noc z 31 grudnia 2016 na 1 stycznia 2017 był ciekawym punktem Lublina, acz nie aż tak jak zasługuje na to 700-letni gród – zwłaszcza po odtrąbieniu Jubileuszu. Tak czy siak, pohulaliśmy tutaj raczej cienko za grube pieniądze. I tego jakoś dziwnie nie odnotowują żurnaliści schlebiający ratuszowi…

Przede wszystkim miejski sylwester, choć nowoczesny dzięki użytym multimediom, nie zgromadził tłumów. Imprezę tę obliczano na tysiące widzów, jednak uczestniczyło w niej ledwie kilkuset lublinian. Na wygrodzonym terenie pod sceną ok. 100 stróżów porządku przez długi czas przeważało liczbą nad widzami. – W „szczycie”, gdy witano nowy rok nie było tam nawet tysiąca ludzi – twierdzą pracownicy ochrony. Opisywane „tłumy” przed rozjarzoną fasadą Centrum Spotkania Kultur dałoby się więc zmieścić w sali operowej CSK. Dlaczego zatem lokalne mass-media mówią o tysiącach uczestników?

Tym bardziej refleksje budzi fakt, że przed lubelskim „pałacem kultury” na jedną noc stanęła mega-scena. Tej przestrzeni nie powstydziłby się koncert największego formatu, prawdziwych gwiazd estrady. Tych jednak w Lublinie nie było.

Początek wieczoru mocno refleksyjny, w wykonaniu Lubelskiej Federacji Bardów. Ich śpiewogra dobrą godzinę oddaje klimat średniowiecza poprzez klechdy i baśnie o Lublinie. Przy całym szacunku dla twórczości LFB nie był to repertuar, który mógłby oto rozpoczynać karnawał. Śpiewano klasyczne teksty m.in. Reya, Kochanowskiego, Kajetana Koźmiana – jak ujmująca „Oda do Kochanki”… udatnie okraszone muzykowaniem. Reakcje widowni dowodzą, że to zestaw pieśni jednak mało adekwatny do potrzeb noworocznej nocy. Dopiero dynamiczny utwór „Idę, skaczę po górach” na bis przełamuje zadumę widowni, sprawia ruch przed sceną.

Wszędzie dobrze, a najlepiej tu”

– wymownie zaczyna swój występ miejscowy raper Junior Stress z zespołem. To nieco głębsza wersja hip-hopu, elektronika w mariażu z brzmieniem drum&base – w dodatku tekstowo oparta na obyczajowym gruncie dzielnic Lublina. Te dźwięki przywołują więcej ludzi. Wtedy ster zabawy przejmuje Klezmafour z bogatszym o kilka instrumentów, bałkańskim rytmem. To już lepiej rokuje gremialnej zabawie, jednak odbiorców tej muzyki jedynie około 300-400.

Godzinę przed północą siódemka zespołu Chonabibe pokazuje wreszcie, że można wprawić publikę w sylwestrowy nastrój. Znane utwory w rodzaju „Chodzę własnymi drogami” dają przedsmak imprezy, jakiej chciałby Lublin.

– Taki powinien być suport przed wielkim artystą, na którego tutaj liczyliśmy – ocenia po ich występie Lech Łuczuk – bywalec koncertów w całej Europie bawiący się tu z grupą przyjaciół. – Lublin przyzwyczaił nas, że w tym gmachu w minionym roku koncertowały super-gwiazdy – przypominają. I takich oczekiwaliśmy na inaugurację 700-lecia.

Więcej satysfakcji daje im kolejny występ – the Back Beat. Ten lubelski zespół tworzy na placu klimat dancingu, a słuchaczy zmienia wreszcie w tancerzy. Muzyka lat 60. XX w. wprowadza obecnych tutaj w nowy rok. Pogodna aura sprzyja tej zabawie.

O północy pokaz fajerwerków

Wielobarwne acz głośne dzieło pirotechników rozświetla niebo nad Ogrodem Saskim – tam umieszczono arsenał. Dzieje się to w rytm klasycznej muzyki Henryka Wieniawskiego. Współczesne jej brzmienie zapewnił jeden z lokalnych didżejów – PapaZura.

Kwadrans noworocznej palby daje nieskrywaną uciechę lublinianom. Widać to w setkach „foto-selfie” zamieszczanych na Facebook’u, nie oddają one jednak skali wybuchów. Czy dobrze bawią się także inni mieszkańcy pobliskiego terenu? – Widzieliśmy nad parkiem wzlatujące stada ptaków. To musi być dla nich koszmar – słychać w rozmowie po widowisku. Aż dziw, że kogoś interesuje los tych istot: – Kto wymyślił takie strzelanie na terenie parku, przecież tam są tysiące gniazd? W Skandynawii by to nie uszło, w Europie coraz rzadziej spotyka się już takie sylwestrowe wiwaty. Głośna muzyka to co innego – argumentują studentki KUL.

Szkoda, że Lublin nie dołączył do wielu już polskich miast, na czele z Krakowem, które zrezygnowały z tej atrakcji. Gdzieś władze kierują się ekologią i zdrowiem – zwłaszcza czworonogów i ptactwa przerażonych tym hukiem. A u nas? Jak zawsze kanonada do wiwatu! I to bez względu na koszty…
A propos. Media nie wspominają o pieniądzach wystrzelonych w niebo… Otóż całościowy koszt sztucznych ogni tej nocy to 25 tys. zł. Ponadto jest rzeczą dyskusyjną wychowaczo, że wcześniej wykonano osobny pokaz pirotechniczny dla najmłodszych uczestników zabawy. Ten obserwowało raptem kilkoro dzieci.

Inauguracja jubileuszu Lublina?

Sylwestrowa impreza w zamyśle nosi takie cechy. Mimo to nie ma oficjalnych wystąpień, żadnych życzeń od władz miasta, nawet z telebimu. Na scenie jest za to niemiły incydent, gdy do mikrofonu bieży młody wysłannik miejskiego radnego i pozdrawia zebranych w jego imieniu. Słyszymy nazwisko: Zbigniew Jurkowski. Intruz zostaje szybko wyprowadzony przez przybocznych monarchy…

Bo oto do lublinian zwraca się… sam król Władysław Łokietek odczytując edykt o lokacji miasta. To jedyny, symboliczny akcent wejścia w rok 700-lecia grodu. W rolę króla wciela się Przemysław Buksiński – zaiste łokietkowej postury, acz wielki swym słowem. Jest liderem grupy artystycznej Poławiacze Pereł Teatr Improv, która wiąże program wieczoru dowcipnym tekstem.

Kwadrans po północy na wielkiej estradzie przed CSK zabawę dyktuje Lublin Street Band. Dają popis energetycznego jazzu z przewagą sekcji dętej. To wprawia w ruch tancerzy oddanych takiej muzyce. Tych jest niewielu, bo i dźwięki nie są zbyt przebojowe, zatem „bazaltowy parkiet” placu Teatralnego zaczyna pustoszeć długo przed końcem zabawy. O godzinie 1 przed świetlistym gmachem CSK zalega cisza. Z goryczą komentuje to grono osób, które przyjechały do nas aż ze Śląska i dopiero zaczęły się bawić: – Tak ino krótko? Kaj teraz pódziem. He, he, tu niby miała być Europejska Stolica Kultury? Dobrze, żeście nią nie są, bo byłby obciach!

Lublin zasługuje na więcej

– wypowiada się Ewelina Kośka z grupy ochraniającej miejski sylwester. – Na tej profesjonalnej scenie było miejsce dla naprawdę sławnych artystów. Wtedy przyszłyby tysiące ludzi. Nie udał się ten początek Jubileuszu miasta – podsumowuje imprezę.

Tymczasem trzeba nam być wdzięcznym władzy w ratuszu, iż nie zafundowała lublinianom sylwestrowej gali disco-polo… Właśnie to musiał przeżyć Kalisz słynący z ambitnych upodobań kulturalnych – relacjonowano wcześniej w radio.

Przynajmniej ład na imprezie był wzorowy. Przekonali się o tym Gabrysia, Patrycja i Kamil – studenci prawa, którzy „bezprawnie” otworzyli szampan w pobliżu sceny. Trunek natychmiast skonfiskował czujny strażnik porządku. Dziennikarska mediacja autora sprawiła, że studenci – a u nich się wszak nie przelewa – odzyskali ledwo napoczętą butelkę. I za to są mi bardzo wdzięczni. I już „lajkują” ten tekst…

A teraz uwaga na głowę! Sylwestrowa gala kosztowała podatników 460 tys. zł (w tym środki przekazane przez partnera wydarzenia, Lotto). Co jeszcze bulwersuje? Współpracujące z Centrum Kultury w tym dziele CSK udostępniło ciepłe wnętrze swego budynku jedynie artystom – nie wpuszczono do środka dziennikarzy. Nie było więc gdzie ogrzać się, zrobić notatki. A w razie tzw. potrzeby organizatorzy proponowali nam… szalety toy-toy. – To obowiązuje tutaj wszystkich – usłyszałem nieszczerze od animatorki z CK.

Enklawę ciepła w gmachu CSK tej nocy stanowił jedynie pub „Przodem Panie”, gdzie kilkadziesiąt osób urządziło sobie alternatywny sylwester. Tam niezwykle życzliwie witały panie: Ewelina i Kasia, właścicielki.

Warto nadmienić, że pokaz sztucznych ogni z „poligonu” w Ogrodzie Saskim uniemożliwił korzystanie z tego parku mieszkańcom niemal całą dobę. Odnotujmy też, że Lublin generalnie uszanował wspomniany wyżej euro-eko-trend,  bo w mieście inspiracji tej nocy było znacznie mniej huku wystrzałów.

Marek Rybołowicz